Nasza pierwsza stylizacja… i trochę zapowiedzi.

W przerwie między „gdzie jest bobas…”, „mam Cię!”, a wariowaniem na dywanie postanowiliśmy urządzić sobie dziś mini sesję ;-) Tym samym otwieram nową kategorię na blogu, gdzie postaram się co jakiś czas wrzucać nasze dziecięce „stylizacje”. Niedługo pojawi się tutaj także pewnie garść inspiracji dotyczących urządzania dziecięcego pokoju, która jest jednocześnie moim ostatnim dylematem w związku z powoli nadchodzącym remontem kącika mojego dziecia- mam nadzieję, że pomożecie i wspólnie wytłumaczymy Kubasińskiej mamie, że nie można kupić WSZYSTKIEGO :)

Tymczasem z tyłu głowy kiełkuje już kolejny pomysł… Pomysł na blogowy konkurs ;-) Ale, ale- czekajmy cierpliwie do lutego! Sesja jeszcze depcze mi po piętach… Już niedługo…

  • Kuba:
  • Kurtka jeansowa: Cheroke
  • Spodnie: Reserved
  • Body: H&M
  • Skarpetki: Rossman

Hu hu ha… zima zła?

Zima przyszła i do nas. W tym roku nie powiem, że lepiej późno niż wcale, bo biorąc pod uwagę fakt, że najmłodszy i tak jeszcze nie skorzysta z sanek, nie ma pojęcia co to bałwan, a kiedy przez przypadek spadło na jego śpiący policzek, kilka płatków śniegu skrzywił się nieznacznie i schował buzię głębiej pod koc. Oprócz tego jazda z wózkiem po oblodzonym chodniku to już jazda wyczynowa, a nie spacer, a odśnieżanie większości ulic działa w ten sposób, że śnieg spychany jest na pobocze, więc przejechać obok samochodu jest jeszcze ciężej. Temperatura minus dziesięciu stopni to też niby żaden dramat, ale wystarczy, żeby Kubi wyglądał jak czerwononosy Renifer i nijak nie idzie mu wytłumaczyć, że MUSI nosić rękawiczki. Nie i koniec.

W tym roku więc zimę chyba zwyczajnie… przezimujemy. Na spacery chodzimy i owszem, ale zazwyczaj niecała godzinka spokojnie wystarcza nam na cały dzień. Oboje jesteśmy piecuchy i podczas gdy tata często wita listonosza w krótkich spodenkach przy otwartych drzwiach- my lubimy ciepłe bluzy, jeszcze cieplejsze skarpetki, mięciutkie kocyki i parujące herbatki.

Inaczej sprawa przedstawi się pewnie za rok… O Ile znowu Amerykanie nie wywróżą nam wiosny w środku zimy, zapewne już w grudniu będziemy czekać na biały puch, tata zakupi najszybsze sanki, a mama będzie dzielić marchewki na te do garnka i na te dla bałwana. Będzie wesoło ;-)

Ale zaraz, zaraz… co ja tu wymyślam?! Niedługo przecież wiosna, czas szykować się do lata…. :)

Tymczasem jesteśmy mocno zajęci. Kuba wchodzeniem na meble, tata pracą, a mama Kubą, tatą, dwoma psami, a w tle majaczą gdzieś jeszcze ostatnie dwa egzaminy… Dwa z ośmiu i jedną nogą już jestem po obronie… Ach to będzie szczęśliwy rok :)

5 dowodów na to, że moje dziecko kocha mnie najbardziej na świecie!

1. Nie śpi w nocy- oczywiście dlatego, że tak bardzo kocha swoją mamę. Malutka przylepa nie wyobraża sobie chociażby przez osiem godzin nie poprzytulać się do ledwo widzącej na oczy rodzicielki, więc wstaje mniej więcej co godzinę. Czasem i częściej, żeby mama czasem nie zdążyła na dobre usnąć, bo jeszcze następnym razem zapomni wstać i co wtedy?

2. Płacze za każdym razem, kiedy musi iść spać w dzień- no bo dlaczego ktoś śmie jegomościa zmuszać do tak przyziemnej czynności jak drzemka, skoro można cały dzień się bawić! Z mamą oczywiście! Dzień jest za krótki, żeby zdążyć pobawić się wszystkimi zabawkami, poczytać książki, pojeździć w chodziku, poraczkować, pospacerować…

3. Robi awanturę, kiedy skończy się jedzenie- to przecież tylko dlatego, że tak mu smakują mamine obiadki. Krupniczek, rosołek, pomidorówka? Mama gotuje tak dobrze, że trzeba płakać, żeby nie było jej przykro. Gdyby było inaczej, pewnie by pomyślała, że zupka była niedobra, a do tego nie można dopuścić!

4. Głośno zawodzi, kiedy tylko mama wychodzi z pokoju- no, bo gdzie ona idzie bez synia?! Do łazienki można pójść przecież, kiedy dziecko śpi, obiad ugotuje tata, a posprząta się w sobotę. Chyba, że mama da dziecku chrupka, albo ciasteczko- wtedy sobie może powyglądać przez kuchenne okno, a z łóżeczka… ani mru mru.

5. Wciska klawisz na klawiaturze usuwający wszystko co do tej pory napisałam…- komputer jest nieważny! fejsbuk jest nieważny! blog też jest nieważny! najważniejsza jest zabawa! ;-)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nasze „must have”.

Odkąd rodzi się dziecko i tak wszystko się już dostatecznie komplikuje, więc dlaczego by sobie nie ułatwić trochę codziennego życia? Oto nasze niezbędniki, które bardzo nam pomogły w pierwszych miesiącach nauki obsługi niemowlęcia.

1. Przewijak- w naszym przypadku nakładany na łóżeczko. Po co się schylać przy przewijaniu, ubieraniu, rozbieraniu do poziomu kanapy- kręgosłup jeszcze zdąży wysiąść i to całkiem niedługo (wystarczy, że dziecko stanie się bardziej mobilne). Póki jednak nie umie się przekręcić, obrócić, usiąść, wstać- dla mnie to oczywiste must have. W dodatku kanapa, koce, dywany pozostaną czyste jeśli zdarzy się „wpadka” przy zmianie pieluszki. Cóż… sam maluch już niekoniecznie, ale przecież łatwiej umyć dziecko niż wyprać kanapę ;-)

2. Podgrzewacz do butelek i słoiczków- przydaje się zwłaszcza w nocy, bo nie trzeba biegać do kuchni i podgrzewać wody. Wystarczy nastawić wieczorem odpowiednią temperaturę i włożyć do urządzenia butelkę z wodą, a kiedy maluch wstanie pozostaje tylko dosypać mieszanki i gotowe. Nam przydaje się również w ciągu dnia do utrzymania ciepła herbatki, którą Kubi popija sobie o różnych porach. No i bez problemu można w kilka minut podgrzać także słoiczki.

3. Adaptery do fotelika samochodowego- jak dla mnie rewelacyjnie pomyślane i niezbędne zwłaszcza dla młodszego niemowlęcia. Kiedy dziecko uśnie w samochodzie nie trzeba go wyjmować, żeby na chwilę wstąpić do sklepu czy gdziekolwiek. Montujemy adaptery do stelaża wózka i „przyczepiamy” do niego fotelik. Plusem jest także to, że nie musimy wozić w bagażniku wózka, a z mniejszym gabarytowo fotelikiem łatwiej poruszać się  np. po markecie.

 

 


4. „Przypinka” do smoczka-
btw. do tej pory nie wiem jak to się nazywa ;-) Dużo tu nie trzeba wyjaśniać. Dzięki temu dziecię może sobie wypluwać smoczka ile razy mu się podoba, a my nie musimy zbierać ich z chodnika i nosić tysiąca zapasowych ;-)

 

5. Krem na każdą pogodę- w zimie obowiązkowo. Odkąd stosujemy go przed każdym spacerem nie mamy problemów z czerwoną, szorstką buzią i odmrożeniami. Ja dodatkowo smaruje Kubiemu ręce, każdy spacer i tak u nas kończy się zdjętymi rękawiczkami.

 

 

 

Co jeszcze można dodać do tej listy? Może pomożemy jakiejś przyszłej mamie kompletującej wyprawkę? ;)

Oświadczam, że zdjęcia nie są mojego autorstwa i nie są moją własnością!

O dumnej mamie…

Rozwój niemowlęcia to zawsze było dla mnie „coś” fascynującego. Nawet nie mając jeszcze w planach Mr. Kubasińskiego uwielbiałam słuchać opowieści, anegdot i historii znajomych rodziców o ich pociechach. Oglądałam zdjęcia i filmiki na fejsbuku, do każdej kolejnej „dzieciatej” koleżanki obowiązkowo jeździłam na oględziny. Dziwiłam się, że z wizyty na wizytę- dzieci mogą się AŻ tak zmienić. Pierwszego prawdziwego szoku doznałam, gdy przyszłam kiedyś w pewien poniedziałek do mojego siedmiomiesięcznego podopiecznego, który w piątek leżał jeszcze ze mną spokojnie na kanapie, a tymczasem przywitał mnie siedząc w drzwiach po czym pomknął jak strzała do sąsiedniego pokoju na czterech łapkach. (!?) Poczułam wtedy chyba… dumę. Dumę z obcego skądinąd dziecka, ale przecież i ja przez te kilka miesięcy zdążyłam się do niego przywiązać. Cieszyłam się z osiągnięć jako ciocia- i ta prawdziwa i ta „przyszywana” i jak zaczarowana słuchałam pierwszych dziwnie brzmiących słów małych katarynek. Prawdziwą jednak dumę odczuwam dopiero od siedmiu miesięcy. I jest to duma zupełnie inna niż duma z samej siebie- czy to po zdanym egzaminie, czy po dobrym obiedzie, którego wyjątkowo udało mi się nie zepsuć ;-)

Każda mama jest dumna ze swojego dziecka, choć jego osiągnięcia nie różnią się przecież niczym innym od osiągnięć innych dzieci. Każde się przecież uśmiecha, powie pierwsze „geeej”, usiądzie, poraczkuje, wstanie… Dlaczego więc to tak cieszy? Dlaczego sprawia, że puchnę z dumy po raz setny i wciąż nie mam tego dość?

Dziś pokonaliśmy kolejny etap- świat stanął przed Kubą otworem. Po dwóch miesiącach dyndania pupką w powietrzu zakumał w końcu, że ręce też trzeba podnieść, a nogi przesunąć. Mój mały raczek przemierzył pół pokoju, aby dostać się do maminych rąk, które złośliwie znalazły się gdzieś w samym kącie. W ruch poszły pierwsze szuflady, a na babcinym lustrze junior zostawił piękne odciski mówiące- TU byłem. Patrzyłyśmy jak urzeczone, a pracujący tata został uszczęśliwiony przez telefon. I jak tu nie być dumnym, kiedy siedmiomiesięczny maluch już tyle umie? A dopiero co przecież krzyczał czerwieniejąc z minuty na minutę, owinięty brzydką pieluszką- zły i obrażony na cały świat, że śmiemy zakłócać mu jego święty spokój. Dosłownie chwileczkę temu…

„Wideoteka” Mamy Kubasińskiej.

Generalnie to od zawsze jestem fanatyczką komedii romantycznych. Wszystko co zaczyna się od przypadkowego spotkania, przechodzi przez mega nieporozumienie, wielką kłótnię i kończy hepi endem- to moja bajka. To nic, że schemat ten sam, że film przewidywalny od pierwszej minuty, że w prawdziwym życiu rzadko kiedy facet oświadcza się na wyludnionej plaży, na niebie spadają gwiazdy, a pary zasypiają na łyżeczkę. I tak to lubię.

Horrory, dramaty i inne science fiction do mnie nie przemawiają. Nie lubię się bać, płakać, a tym bardziej zastanawiać się „o co tu w ogóle chodzi?”

Niemniej, czasem jednak zdarza mi się trafić na coś innego niż moje różowe, lukrowe romansidła, albo przegrywam walkę o pilota z panem mężem, lub w ostateczności idziemy do kina na to co on wybierze. Czasami. Tym sposobem ostatnio obejrzałam takie oto filmy, które O DZIWO baaaardzo polecam i do których sama chętnie jeszcze nie raz wrócę.

1. Igrzyska Śmierci- W pierścieniu ognia.

„Po zwycięstwie w 74. Głodowych Igrzyskach, Katniss Everdeen (Lawrence) oraz Peeta Mellark (Hutcherson) udają się na obowiązkowe Tournee Zwycięzców. Choć zuchwale złamali reguły rozgrywki, w glorii zwycięstwa odwiedzają kolejne dystrykty. Dowiadują się o fali zamieszek, do których przyczynił się ich niebywały wyczyn. W tym samym czasie prezydent Snow (Donald Sutherland) przystępuje do organizacji jubileuszowych, 75. Igrzysk, w których dawni zwycięzcy będą musieli stanąć przeciw sobie. Te wydarzenia mogą zmienić państwo Panem na zawsze.”

Warto obejrzeć również I część, ale jak dla mnie druga bije poprzednią na głowę. Film długi, ale będąc w kinie dopiero chwilę przed końcem zorientowałam się, że minęły ponad dwie godziny. To chyba o czymś świadczy ;-)

2. Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

„Nowy Orlean, rok 1918 − koniec I wojny światowej. Na świat przychodzi Benjamin Button (Brad Pitt), lecz jego narodziny są czymś niezwykłym. Rodzi się jako osiemdziesięcioletni staruszek i stopniowo młodnieje. Jego ojciec przerażony brzydotą dziecka porzuca go na progu domu dla starców; tam Benjamin wychowuje się pod opieką troskliwej Queenie (Taraji P. Henson). Tutaj też poznaje swoją miłość − wnuczkę jednej z pensjonariuszek − Daisy (Cate Blanchett). Po wielu latach zamiast starzeć się staje się coraz młodszy i umiera jako niemowlak w rękach ukochanej. Film opowiada historie o ludziach i o miejscach, o odnalezionych i utraconych miłościach, o radości życia i smutku śmierci, lecz również o tym, czego czas nie może zmienić.”

Film stary, ale ja tak naprawdę obejrzałam go dopiero niedawno. Bardzo mnie wciągnął, trochę wzruszył i skłonił do kilku refleksji. (No i młody Brad…)

3. Płonąca pułapka

„Film opowiada historię uwięzionego w pożarze strażaka,któremu wystarczy tlenu tylko na kilka minut. Choć koledzy i szef czynią wszystko co w ich mocy, by mu pomóc, jego szanse maleją z sekundy na sekundę. Rozgrywa się emocjonująca walka z czasem, własnym strachem i słabością. Przed oczami rannego przesuwa się całe jego dotychczasowe życie…Cały film trzyma widza w napięciu.”

Rzeczywiście trzyma w napięciu. Pięknie opowiedziana historia miłości, poświęcenia, trudnych wyborów, tęsknoty… Ja płakałam- choć nie lubię. I podkład muzyczny- miodzio!

4. Chłopiec w pasiastej piżamie

„Akcja filmu umieszczona jest w czasach II wojny światowej. Ośmioletni Bruno wraz z rodzicami i starszą siostrą mieszka w Berlinie. Pewnego dnia jego ojciec zostaje mianowany komendantem obozu zagłady i cała rodzina przeprowadza się na wieś. W nowym miejscu zamieszkania Bruno nie ma żadnych kolegów i całymi dniami się nudzi. Jedyne jego zajęcia to czytanie książek przygodowych i huśtanie na własnoręcznie zrobionej huśtawce. Podczas odkrywania okolicy Bruno poznaje ośmioletniego Żyda – Szmula, który jest więźniem obozu zagłady. Między chłopcami zawiązuje się szczególna nić porozumienia. Nie przeszkadzają im różnice społeczne, ideologiczne ani drut kolczasty, który ich dzieli. Film pokazuje życie obozowe z perspektywy małego dziecka, które nie wszystko rozumie. Wkrótce Bruno, tuż przed wyprowadzką z nowego domu, przedostaje się do obozu śmierci.”

Tematyka wojenna jest szczególna. Można lubić lub nie. Ja nie przepadam, bo tego typu filmy za bardzo na mnie działają. Ten jest jednak inny, specyficzny. Wojna, obóz- okiem dzieci po dwóch stronach „płotu”. Myślę, że naprawdę warto zobaczyć. Chociaż raz.

5. Bez mojej zgody

„Sara i Brian wiodą spokojne życie. Idylla zostaje jednak przerwana, gdy dociera do nich przerażająca informacja o chorobie córki. Aby ratować życie dziecka, para podejmuje trudną decyzję, która na zawsze zmieni ich życie. Dylematy etyczno-moralne zmieniają ich relacje. Prawdziwy koszmar zaczyna się jednak, kiedy ich druga córka odkrywa prawdę dotyczącą jej poczęcia.”

Wzrusza, zastanawia, zmusza do refleksji. Uczy prawdziwego „Carpe diem”. I idealne w tej roli Cameron Diaz i Abigail Breslin. Zdecydowanie polecam!

A jakie są wasze ulubione filmy? Co szczególnie polecacie? Chętnie obejrzę coś nowego… ;)

Matka Polka Superwoman!

Co można zrobić jedną ręką czyli sztuka organizacji z Kubą na biodrze:

1. Otwierzyć kluczem drzwi- pfff, łatwizna. Wchodzenie do domu można sobie jeszcze uatrakcyjnić siatką z zakupami wiszącą na mdlejącym małym palcu lewej ręki. Trafianie do zamka zajmie wtedy jakieś 30 sekund dłużej, ale spokojnie da się zrobić. Wersja hard- można nie wyjąć sobie wcześniej klucza i zacząć jego poszukiwania tuż przed drzwiami z dzieckiem i zakupami w prawej ręce. Też jest fajnie.

2. Zalać kubek/ butelkę wrzącą wodą- operowanie lewą ręką opanowałam do perfekcji i już prawie nie zdarza mi się rozlać ani kropelki. Młody jest tymczasem zafascynowany unoszącą się parą i nie próbuje już chwytać gorącego czajnika, ani kubka/ butelki.

3. Zakupy- dla mnie wersją hard jest tutaj samo prowadzenie wózka jedną ręką między regałami, trzymanie w drugiej sklepowego koszyka, zerkanie co chwila na małego jegomościa, na to czy nie zrzucam przypadkiem zielonym bolidem jakichś słoików i skupienie się jeszcze na tym co mam zamiar kupić. Cóż, z podzielnością uwagi zawsze miałam problem.

4. Make up- zdarzyło mi się raz. DA SIĘ! Kuba był wtedy chory, smutny i wrzeszczący przy każdym zniknięciu mamy z oczy na więcej jak ułamek sekundy. Ja będąc sama w domu, spiesząc się do lekarza wolałam zabrać go na chwilę do łazienki niż słuchać tego rozdzierającego serce płaczu.

5. Nie skomplikowany obiad- kiedy już buntownikowi znudzi się kuchenne krzesełko, magnesy na lodówce, chrupki, pudełko po rumianku i sto tysięcy zabawek rzuconych na podłogę wtedy razem smażymy, mieszamy, doprawiamy i narzekamy na padające ręce i kręgosłup. Dlatego, gdy jesteśmy w domu we dwoje już nie porywam się na wymyślne obiady i pan mąż musi zadowolić się np. spagetti, zupą czy innymi „pomysłami na”. Ale za to, kiedy jesteśmy w domu we troje… to i tak On króluje w kuchni, a my z Kubą staramy się… nie przeszkadzać ;-) (Ale sprawiedliwie ostrzegłam go już dawno temu- gotuję, bo muszem. I raczej to się nie zmieni.)

Jest moc! :)

Zapraszamy do polubienia nas na facebooku :)
https://www.facebook.com/kubciakowo

 

 

Noworoczne… marzenia?

Postanowienia czyniłam zawsze. Czy to noworoczne, czy adwentowe, czy po prostu obiecywałam sobie, że od jutra zacznę ćwiczyć/ uczyć się/ jeść mniej (niepotrzebne skreślić). W tym roku jakoś mnie to ominęło, bo… nie było czasu. Ale tak dziś usiadłam lekko majacząc w posylwestrowej gorączce, której nie mam, choć ją czuję, (ale za to mam ból gardła!) i się zastanowiłam.

Rok dwa tysiące dwunasty (apropo- dopiero niedawno dowiedziałam się, że nie mówi się dwutysięczny!?) był zdecydowanie rokiem miłości. Ślub i te sprawy pochłaniały mnie już od stycznia, gdzieś tam w tle była praca i jakaś sesja. O najpiękniejszym dniu w życiu będę pewnie jeszcze kiedyś pisała, ale nawet po tym jak się skończył (w czerwcu!) rozpamiętywałam to wszystko jeszcze dłuuuugo.

Rok dwa tysiące trzynasty był w połowie rokiem oczekiwania na Kubę, a w połowie rokiem pierwszych kroków w świecie macierzyństwa. Po pierwszym szoku (czyli jakieś dwa miesiące temu :)) uznałam, że „manie”* dziecka jest tym czego w stu procentach chciałam. Tak czy inaczej to był w naszym życiu drugi przełomowy rok.

No i teraz przed nami kolejny- dwa tysiące czternasty. Po miłosno- dziecięcych „latach” czas może na zrobienie czegoś dla siebie? Może to jest właśnie moment na spełnienie jednego, cichego marzenia, które próbuje „wypłynąć” na powierzchnię już od dobrych kilku miesięcy? Chciałabym, a strach choć jest- ostatnio jakby mniejszy. Może w tym roku spróbujemy, może starczy sił, energii i samozaparcia. Trzymajcie kciuki, a może już na wiosnę/ lato będę mogła pochwalić się czymś zupełnie… swoim?

Jeśli chodzi o samego Sylwestra- młody swoją pierwszą w życiu nocną imprezę niemalże… przespał. Z relacji babci wynikało, że nie obudziły go ani hukające petardy, ani szczekające psy, ani śpiewy pod oknem powracającej z zabawy młodzieży. Obudził się za to dwa razy (DWA! a śpiąc z nami budzi się zazwyczaj jakieś… dwanaście?!), popatrzył niebieskimi na babunię i za chwilę znowu spał. Niepodobne to jest bardzo do Kubasińskiego, ale przynajmniej rodzice na Sylwestrze byli, zobaczyli, pojedli, popili… i wszyscy byli szczęśliwi :)

A do wieczornej, zimowej herbaty zostawiam wam małą, psotną i niestety razem z mamą przeziębioną- żabkę ;-)

* jakoś nie lubię określenia „posiadanie dziecka”. nie wiem dlaczego, po prostu.

Siedem miesięcy w Kubciakowie.

Kubuś skończył dziś siedem miesięcy.Ten miesiąc był dla nas przełomowy. Junior nauczył się tak dużo i tak szybko, że nieraz przecieraliśmy oczy ze zdumienia, bo przecież jeszcze niedawno, jeszcze wczoraj leżał i patrzył na nas niebieskimi oczami kompletnie nie rozumiejąc co do niego mówimy i czego chcemy. Dzisiaj pozwolę sobie więc znowu odrobinę spuchnąć z dumy i spisać tu wszystkie jego osiągnięcia. Wielkie i małe.

Mamy opanowane:

1. Jedzenie łyżeczką. Wszystkiego z wyjątkiem deserków. Jabłko to zło. Za to w mięsku, rybce i innych pysznościach młody rozsmakował się na amen. Od przyszłego tygodnia zabieram się za gotowanie (ale o tym innym razem ;)).

Jemy też chrupki, wafelki ryżowe, ciasteczka… Inaczej nie da się przy nim zjeść obiadu. Serio.

Uczymy się także pić z kubka niekapka. Tu na razie jeszcze nie jest tak pięknie ;)

2. Siedzenie. Dać tylko dziecku coś do zabawy i można spokojnie posprzątać. Albo pozaglądać na blogi. Z leżeniem nie było tak łatwo ;-))

3. Pełzanie do tyłu. Kuba uzyskał przydomek „hula hop”, bo tak macha przy tym pupką na prawo i lewo, że niejedna Chodakowska pozazdrościła by mu takich bioderek ;)

4. WSTAWANIE I STANIE przy wszystkim co stabilne. Jeszcze nie wyszłam z szoku, ale w Wigilię młody pozostawiony sam sobie i znudzony brakiem zainteresowania złapał się za poręcz łóżeczka, wstał… i tak został. Od tego momentu to jego ulubiona zabawa. Może stać dobrych parę (albo i więcej?) minut obdarzając wszystkich przy tym tak dumnym uśmiechem, że serce rośnie. Łóżeczko w ciągu dwóch dni obniżyło się o dwa poziomy. Ał, moje plecy.

5. Przekręcanie z brzuszka na plecy. Ale to już dawno. Odwrotnie nie ma czasu, bo on nie leży na plecach. Albo siedzi, albo stoi, chyba że śpi. Nie ma więc kiedy się tego nauczyć. Trudno- przeżyjemy ;-)

6. Przechodzenie do leżenia na brzuszku z siadu prostego. Prościzna. Wystarczy, że coś co interesuje małego ancymona jest troszkę dalej niż powinno. Z brzuszka łatwiej przecież sięgnąć.

7. Dwa razy udało się usiąść z leżenia na brzuszku. To jeszcze nie tak do końca, bo jedna ręka zawsze gdzieś się zaplącze, ale jesteśmy na dobrej drodze.

8. Gadanie. Tu bym mogła długo, ale niech wystarczy tyle, że ostatnio nie da się spokojnie obejrzeć filmu. Wszystkie baby, dady, geje, niee, omom i cała reszta to miód dla moich uszu. Czasem nieco głośny, ale jak cieszy!

Ps. Dziś rano pierwszy raz usłyszałam MA-MA. Wypowiedziane co prawda gdzieś w przestrzeń kosmiczną zamiast do mnie, ale ja wiem, że on to zrobił po prostu z miłości ;-)

9. W grudniu wyszły jegomościowi dwie dolne jedynki. W odstępie dwóch tygodni. Teraz gryzie jak opętany i to naprawdę BOLI!.

10. Coraz więcej Kubasiński ROZUMIE. Pięknie reaguje na swoje imię, na wszystkie „zobacz” i „patrz”. Kiedy kręcimy głową mówiąc „nie nie nie” on robi to samo, a ostatnio robi to nawet, kiedy usiłujemy go nauczyć „TAK”. (pokażę wam może filmik, bo to istna komedia!).

11. Przekłada zabawki z rączki do rączki, potrząsa nimi, wie co zrobić, żeby dany element zagrzechotał.

12. Uderza rękami gdzie popadnie. W stół, w podłogę, we mnie… Uwielbia to ;-)

Tyle mi przyszło do głowy, ale codziennie przebywanie z nim dostarcza nam tyle nowości i wrażeń, że nie sposób tego wszystkiego zapamiętać. Kuba jest baaardzo ruchliwy, baaardzo zwiercony i na ogół bardzo zadowolony z życia. Gdyby tylko nie budził się w nocy tyle razy- byłoby idealnie. Ale przecież nie można mieć wszystkiego ;-)

Tymczasem specjalnie przygotowana na tę okazję Kubusiowa sesja ;-) Pozdrawiamy i zapraszamy do polubienia naszej strony na fejsbuku:
https://www.facebook.com/kubciakowo?ref=hl