Hu hu ha… zima zła?

Zima przyszła i do nas. W tym roku nie powiem, że lepiej późno niż wcale, bo biorąc pod uwagę fakt, że najmłodszy i tak jeszcze nie skorzysta z sanek, nie ma pojęcia co to bałwan, a kiedy przez przypadek spadło na jego śpiący policzek, kilka płatków śniegu skrzywił się nieznacznie i schował buzię głębiej pod koc. Oprócz tego jazda z wózkiem po oblodzonym chodniku to już jazda wyczynowa, a nie spacer, a odśnieżanie większości ulic działa w ten sposób, że śnieg spychany jest na pobocze, więc przejechać obok samochodu jest jeszcze ciężej. Temperatura minus dziesięciu stopni to też niby żaden dramat, ale wystarczy, żeby Kubi wyglądał jak czerwononosy Renifer i nijak nie idzie mu wytłumaczyć, że MUSI nosić rękawiczki. Nie i koniec.

W tym roku więc zimę chyba zwyczajnie… przezimujemy. Na spacery chodzimy i owszem, ale zazwyczaj niecała godzinka spokojnie wystarcza nam na cały dzień. Oboje jesteśmy piecuchy i podczas gdy tata często wita listonosza w krótkich spodenkach przy otwartych drzwiach- my lubimy ciepłe bluzy, jeszcze cieplejsze skarpetki, mięciutkie kocyki i parujące herbatki.

Inaczej sprawa przedstawi się pewnie za rok… O Ile znowu Amerykanie nie wywróżą nam wiosny w środku zimy, zapewne już w grudniu będziemy czekać na biały puch, tata zakupi najszybsze sanki, a mama będzie dzielić marchewki na te do garnka i na te dla bałwana. Będzie wesoło ;-)

Ale zaraz, zaraz… co ja tu wymyślam?! Niedługo przecież wiosna, czas szykować się do lata…. :)

Tymczasem jesteśmy mocno zajęci. Kuba wchodzeniem na meble, tata pracą, a mama Kubą, tatą, dwoma psami, a w tle majaczą gdzieś jeszcze ostatnie dwa egzaminy… Dwa z ośmiu i jedną nogą już jestem po obronie… Ach to będzie szczęśliwy rok :)

Noworoczne… marzenia?

Postanowienia czyniłam zawsze. Czy to noworoczne, czy adwentowe, czy po prostu obiecywałam sobie, że od jutra zacznę ćwiczyć/ uczyć się/ jeść mniej (niepotrzebne skreślić). W tym roku jakoś mnie to ominęło, bo… nie było czasu. Ale tak dziś usiadłam lekko majacząc w posylwestrowej gorączce, której nie mam, choć ją czuję, (ale za to mam ból gardła!) i się zastanowiłam.

Rok dwa tysiące dwunasty (apropo- dopiero niedawno dowiedziałam się, że nie mówi się dwutysięczny!?) był zdecydowanie rokiem miłości. Ślub i te sprawy pochłaniały mnie już od stycznia, gdzieś tam w tle była praca i jakaś sesja. O najpiękniejszym dniu w życiu będę pewnie jeszcze kiedyś pisała, ale nawet po tym jak się skończył (w czerwcu!) rozpamiętywałam to wszystko jeszcze dłuuuugo.

Rok dwa tysiące trzynasty był w połowie rokiem oczekiwania na Kubę, a w połowie rokiem pierwszych kroków w świecie macierzyństwa. Po pierwszym szoku (czyli jakieś dwa miesiące temu :)) uznałam, że „manie”* dziecka jest tym czego w stu procentach chciałam. Tak czy inaczej to był w naszym życiu drugi przełomowy rok.

No i teraz przed nami kolejny- dwa tysiące czternasty. Po miłosno- dziecięcych „latach” czas może na zrobienie czegoś dla siebie? Może to jest właśnie moment na spełnienie jednego, cichego marzenia, które próbuje „wypłynąć” na powierzchnię już od dobrych kilku miesięcy? Chciałabym, a strach choć jest- ostatnio jakby mniejszy. Może w tym roku spróbujemy, może starczy sił, energii i samozaparcia. Trzymajcie kciuki, a może już na wiosnę/ lato będę mogła pochwalić się czymś zupełnie… swoim?

Jeśli chodzi o samego Sylwestra- młody swoją pierwszą w życiu nocną imprezę niemalże… przespał. Z relacji babci wynikało, że nie obudziły go ani hukające petardy, ani szczekające psy, ani śpiewy pod oknem powracającej z zabawy młodzieży. Obudził się za to dwa razy (DWA! a śpiąc z nami budzi się zazwyczaj jakieś… dwanaście?!), popatrzył niebieskimi na babunię i za chwilę znowu spał. Niepodobne to jest bardzo do Kubasińskiego, ale przynajmniej rodzice na Sylwestrze byli, zobaczyli, pojedli, popili… i wszyscy byli szczęśliwi :)

A do wieczornej, zimowej herbaty zostawiam wam małą, psotną i niestety razem z mamą przeziębioną- żabkę ;-)

* jakoś nie lubię określenia „posiadanie dziecka”. nie wiem dlaczego, po prostu.

„Święta mają coś z bajki…”

I już? Już po świętach? A może by tak jeszcze jeden dzień? Albo chociaż kilka godzin…

Nasze pierwsze wspólne święta z Kubą były zdecydowanie magiczne. Może to za sprawą wzruszeń i dumy, która nas rozpierała, gdy w końcu mogliśmy spokojnie usiąść i cieszyć się naszym szczęściem razem ze wszystkimi. Może za sprawą jego głośnego śmiechu całymi dniami i błysku w oku na widok tylu choinek, które zajmowały go na długie… minuty. A może to była po prostu radość z bycia razem, bez żadnego „powinniśmy”, „musimy” czy „szybko”. W całości dostosowaliśmy się do jego przyzwyczajeń i rytuałów i dzięki temu wszystko przebiegało gładko. Wieczorami junior był już tak zmęczony i przepełniony wrażeniami, że zmywaliśmy się troszkę wcześniej do naszych czterech kątów, żeby chwilę odsapnąć… i poukładać wszystko w wieeeelkich poświątecznych brzuchach. Pierwszy raz nie jestem całą tą świąteczną gorączką zmęczona.

Oprócz tego Kubasiński w ostatnich dniach zaserwował nam taką dawkę wrażeń, że przecieraliśmy oczy ze zdumienia, a babcia niemalże płakała z dumy nad jego osiągnięciami. Ale o tym w poniedziałkowym (siedmiomiesięcznicowym!) wpisie.

Pokażę Wam również prezentowe hity, które trafiły w wybredny gust małego smyka i mam nadzieję, że nie znudzą mu się tak szybko jak całe pudło przeróżnych zabawek.

I zapraszamy do polubienia Kubciakowej strony na fejsbuku! Na bieżąco możecie śledzić pojawianie się nowych wpisów ;-)
https://www.facebook.com/kubciakowo

Najdzielniejsze dziecko na świecie!

Ja wiem, wszystkie są mega dzielne i mega odważne, ale ja dziś niemalże padłam z zachwytu nad moim własnym i jeszcze nie wstałam.

Dziś nadszedł TEN dzień. Dzień, którego bałam się jako dziecko, i którego boję się nadal. Dzień szczepienia. Co prawda to nie mnie kłują od pół roku, ale przeżywam to chyba tak samo (chociaż nie płaczę już spazmatycznie pod gabinetem!)

Ale, ale. Po kilku minutowym czarowaniu niebieskimi oczami przesympatycznej Pani pielęgniarki Kubciakowy został zważony i zmierzony (tu posypało się mnóstwo komentarzy- „Jaki on wielki”, „Jaki grubasek”, „Czym Cię ta mama karmi?!”). I do książeczki zostały wpisane magiczne liczby- 9550 kg i 72 cm (wzrost podobno lekko zaniżony, bo: „potem nam wyjdzie, że wcale nie urósł”).

To, że moje prawie siedmiomiesięczne dziecko ma wzrost i wagę niejednego dziewięciomiesięczniaka- to ja WIEM. Ale co mam zrobić? Zrobić mu dietę? Dawać mniej jedzenia? Kubasiński je dokładnie 5 posiłków dziennie (czyli idealnie tyle ile zaleca ogólny schemat żywienia niemowląt), nie je w nocy i dostaje zawsze dokładnie tyle ile jest napisane na pudełku/ słoiczku. Nie dokarmiam, nie przekarmiam i wiem, że jak zacznie chodzić to po prostu to wszystko zgubi. Dlatego denerwują mnie wieczne komentarze i wzniesione ku niebiosom oczy nad jego fałdkami. Bo ja się bardzo cieszę, że On ma taki apetyt i gdyby mógł to zjadłby obiadek razem z łyżeczką, a mleczko razem z butelką. Taki jego urok!

Nie o tym jednak chciałam! Po krótkiej wymianie zdań na temat tego jak junior znosił poprzednie szczepienia („doskonale, nie było żadnych problemów”) i zapewnieniach Pani pielęgniarki, że „teraz to niestety będzie gorzej, to szczepienie na żółtaczkę, bardziej boli i dzieci płaczą…” – wbiła mu się wielką strzykawą w tłuściutkie lewe udko, a pan Jakub… czarował ją dalej swoimi niebieskimi i śmiał się przez długie trzydzieści sekund, kiedy długaśna igła tkwiła mu w nodze. MATKO! On się tylko wzdrygnął!

Tak siedzę teraz i puchnę z dumy, że mam takie dzielne dziecko i nawet zaszokowana Pani w białym fartuchu powiedziała, że to jedno z nielicznych i, że w ogóle Kuba jest naj. No ba. Kupiłabym mu lizaka, gdyby był większy, albo upomniała się o „dzielnego pacjenta”, tymczasem jednak musi dzielniuchowi wystarczyć meeega buziak i większa porcja przytulania.

Btw. Robiliśmy dzisiaj wietrzenie Kubusiowych magazynów. Tata na urlopie- dzielnie mi pomagał, a jego zadaniem było zajmowanie się Kubą. Nie będę komentować- poniższe zdjęcia pokażą jak zająć dzieciucha na jakieś pół godziny (tak, żeby tata w tym czasie mógł spokojnie poleżeć i pojeść chipsy, zamiast pomóc ukochanej swojej małżonce).

Świąteczny czas.

Idą święta. Widać to na ozdobionych lampkami ulicach, widać w dużych galeriach i mniejszych sklepikach. I widać po ludziach. Chcąc nie chcąc, w okresie około Bożonarodzeniowym ludzie się zmieniają. Jedni marudzą więcej niż zwykle- na pogodę, na święta, na kolejki, na święta, na drogie prezenty, na święta… i tak w kółko. A mimo wszystko zagniatają piernikowe ciasta, robią świąteczne porządki klnąc pod nosem i kupują pięćdziesiątą ósmą paczkę choinkowych bombek. Są tacy co olewają temat- trudno, ich strata. Tu nie będę się rozpisywać. I są tacy co się cieszą- jak ja na przykład. Cieszę się w tym roku podwójnie, ba (!)- potrójnie, bo to nasze pierwsze święta z małym, wielkim NIM. Święta przede wszystkim dla niego, choć niewiele z nich zapamięta. Mimo wszystko przygotowania poczęliśmy już z początkiem grudnia. Po raz pierwszy zabraliśmy się za własnoręczne ozdoby, a Mikołajkowa porcja pierników już dawno została pochłonięta przez łasego pana męża. Nasze cztery kąty są już wysprzątane, bo jak na matkę polkę przystało- ja UWIELBIAM świąteczne porządki i wywlekanie każdego jednego drobiażdżku z każdej jednej szuflady, szafki i półeczki. Bombki zostały wyciągnięte z garażowych czeluści ciemności, a tysiąc sto światełek czeka na swoje miejsce. Pan Kubasiński oczywiście uczestniczy prawie we wszystkim. Piekł z nami ciasteczka i rysował na nich koślawe szlaczki maminą ręką. Dopingował głośno przy klejeniu makaronowej choinki i usiłował bawić się szyszkami, które złośliwa matka wciąż zabierała mu sprzed nosa. Na świąteczne sprzątanie został oddelegowany do babci Be., co by się w tym kurzowym rozgardiaszu nie zawieruszył. Czekam już niecierpliwie na żywą choinkę, o której marzyłam odkąd wyremontowaliśmy się tu- na parterze i zachodzę w głowę jak uchronić ją przed ciekawskimi rączkami Kubciaka i niebezpiecznymi łapkami wiecznie szukającego rozrywki czworonoga. Damy radę!

Oczywiście przygotowania do świąt z półrocznym, ząbkującym niemowlęciem domagającym się nieustannej uwagi, wspólnej zabawy, wygłupów, regularnego karmienia, usypiania i spacerów- nie jest proste. Wygląda to mniej więcej tak, że część rzeczy robimy „na szybko!” (choć wcale nie po łebkach!), a część sobie po prostu odpuściliśmy ;-) Ja jako niezbyt utalentowana kucharka z wigilijnych dań to mogłabym ewentualnie ugotować barszcz z torebki, więc zaproszenie do rodziców baaardzo nam ułatwiło życie ;-) (Kto ma dziecko ten wie, że ugotowanie zwykłego makaronu z bąblem w kuchni jest czasami bardziej pracochłonne niż przyrządzenie np. dzika w sosie myśliwskim!)

Święta już za chwilę, już za momencik. Już widzę te odbijające się w czterech sztukach niebieskich i w moich piwnych- mieniące lampki. Czuję zapach lasu i drugiej partii pierniczków pomieszany z zapachem grzybów, które jadamy przecież tylko raz w roku. Uśmiecham się na myśl o pierwszej gwiazdce (oczywiście dla NIEGO przede wszystkim), o dziadkach pokazujących pierwszemu wnukowi świąteczne ozdoby, o wspólnym kolędowaniu, o ziewaniu podczas pasterki i Bożonarodzeniowym śniadaniu z czterema psiakami między nogami. Będzie wesoło, będzie magicznie, będzie cudownie- wierzę w to i stanę na rzęsach, żebyśmy zapamiętali te pierwsze wspólne święta na długie lata.

A dla was pierwsza porcja naszych świątecznych przygotowań ;-) Pozdrawiamy grudniowo!

 

Słowem wstępu.

Szukam i szukam swojego miejsca na ziemi. To prawdziwe- „z psem i paprotką” odnalazłam już dawno temu, przy boku niebieskookiego małża, który zadomowił mnie na swoim parterze i nauczył między innymi chodzić w zimie w skarpetkach, ale dziś nie o tym. Szukam jeszcze miejsca, w którym mogę się pisarsko najzwyczajniej w świecie „wyżyć”. Bo gdzie już nas nie było! Na popularnym photoblogu skupiam się raczej na zdjęciach i opisaniu w kilku słowach ostatnich synowskich poczynań. Na facebooku skrobnę czasem „o czym myślę”- ale głównie służy mi do chwalenia się światu moim dzieciuchem. I mężem od czasu do czasu. Mam jeszcze różowy zeszyt z okładką z Beverly Hills, w którym miałam co nieco opisywać, kiedy się Kubciakowy urodzi, ale obecnie poprzestaje na kilku zdaniach raz w miesiącu. To prawda- w dobie komputerów sztuka PISANIA zanika. Więc może tu? Może częściej? Może szerzej? Zobaczymy.

Na początku wypadałoby napisać kim jesteśmy. Otóż jesteśmy mamą i tatą- nie tak świeżo upieczonymi, bo tytułowy bohater- Kubasiński ma już 6 i pół miesiąca. Czas leci. Jesteśmy dość młodym małżeństwem i staż u nas jeszcze nie wielki (całe PÓŁTORA roku), ale czymże są lata, kiedy miłość puka do drzwi?

I tak żyjemy sobie powolutku, choć czasem brakuje czasu na wszystko, wciąż poznając siebie nawzajem i ucząc się życia we troje.

Tfu! Tfu! Matko wariatko! We czworo przecież- bo w tym roku Mikołaj podarował nam jeszcze czworonożnego przyjaciela do kompletu. Co prawda miał to być najbardziej przyjaciel Kuby, ale jak na razie… chociaż i o tym może innym razem, bo pan Snickers również zasługuje na swoją własną historię.