5 dowodów na to, że moje dziecko kocha mnie najbardziej na świecie!

1. Nie śpi w nocy- oczywiście dlatego, że tak bardzo kocha swoją mamę. Malutka przylepa nie wyobraża sobie chociażby przez osiem godzin nie poprzytulać się do ledwo widzącej na oczy rodzicielki, więc wstaje mniej więcej co godzinę. Czasem i częściej, żeby mama czasem nie zdążyła na dobre usnąć, bo jeszcze następnym razem zapomni wstać i co wtedy?

2. Płacze za każdym razem, kiedy musi iść spać w dzień- no bo dlaczego ktoś śmie jegomościa zmuszać do tak przyziemnej czynności jak drzemka, skoro można cały dzień się bawić! Z mamą oczywiście! Dzień jest za krótki, żeby zdążyć pobawić się wszystkimi zabawkami, poczytać książki, pojeździć w chodziku, poraczkować, pospacerować…

3. Robi awanturę, kiedy skończy się jedzenie- to przecież tylko dlatego, że tak mu smakują mamine obiadki. Krupniczek, rosołek, pomidorówka? Mama gotuje tak dobrze, że trzeba płakać, żeby nie było jej przykro. Gdyby było inaczej, pewnie by pomyślała, że zupka była niedobra, a do tego nie można dopuścić!

4. Głośno zawodzi, kiedy tylko mama wychodzi z pokoju- no, bo gdzie ona idzie bez synia?! Do łazienki można pójść przecież, kiedy dziecko śpi, obiad ugotuje tata, a posprząta się w sobotę. Chyba, że mama da dziecku chrupka, albo ciasteczko- wtedy sobie może powyglądać przez kuchenne okno, a z łóżeczka… ani mru mru.

5. Wciska klawisz na klawiaturze usuwający wszystko co do tej pory napisałam…- komputer jest nieważny! fejsbuk jest nieważny! blog też jest nieważny! najważniejsza jest zabawa! ;-)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Matka Polka Superwoman!

Co można zrobić jedną ręką czyli sztuka organizacji z Kubą na biodrze:

1. Otwierzyć kluczem drzwi- pfff, łatwizna. Wchodzenie do domu można sobie jeszcze uatrakcyjnić siatką z zakupami wiszącą na mdlejącym małym palcu lewej ręki. Trafianie do zamka zajmie wtedy jakieś 30 sekund dłużej, ale spokojnie da się zrobić. Wersja hard- można nie wyjąć sobie wcześniej klucza i zacząć jego poszukiwania tuż przed drzwiami z dzieckiem i zakupami w prawej ręce. Też jest fajnie.

2. Zalać kubek/ butelkę wrzącą wodą- operowanie lewą ręką opanowałam do perfekcji i już prawie nie zdarza mi się rozlać ani kropelki. Młody jest tymczasem zafascynowany unoszącą się parą i nie próbuje już chwytać gorącego czajnika, ani kubka/ butelki.

3. Zakupy- dla mnie wersją hard jest tutaj samo prowadzenie wózka jedną ręką między regałami, trzymanie w drugiej sklepowego koszyka, zerkanie co chwila na małego jegomościa, na to czy nie zrzucam przypadkiem zielonym bolidem jakichś słoików i skupienie się jeszcze na tym co mam zamiar kupić. Cóż, z podzielnością uwagi zawsze miałam problem.

4. Make up- zdarzyło mi się raz. DA SIĘ! Kuba był wtedy chory, smutny i wrzeszczący przy każdym zniknięciu mamy z oczy na więcej jak ułamek sekundy. Ja będąc sama w domu, spiesząc się do lekarza wolałam zabrać go na chwilę do łazienki niż słuchać tego rozdzierającego serce płaczu.

5. Nie skomplikowany obiad- kiedy już buntownikowi znudzi się kuchenne krzesełko, magnesy na lodówce, chrupki, pudełko po rumianku i sto tysięcy zabawek rzuconych na podłogę wtedy razem smażymy, mieszamy, doprawiamy i narzekamy na padające ręce i kręgosłup. Dlatego, gdy jesteśmy w domu we dwoje już nie porywam się na wymyślne obiady i pan mąż musi zadowolić się np. spagetti, zupą czy innymi „pomysłami na”. Ale za to, kiedy jesteśmy w domu we troje… to i tak On króluje w kuchni, a my z Kubą staramy się… nie przeszkadzać ;-) (Ale sprawiedliwie ostrzegłam go już dawno temu- gotuję, bo muszem. I raczej to się nie zmieni.)

Jest moc! :)

Zapraszamy do polubienia nas na facebooku :)
https://www.facebook.com/kubciakowo

 

 

Słowem wstępu.

Szukam i szukam swojego miejsca na ziemi. To prawdziwe- „z psem i paprotką” odnalazłam już dawno temu, przy boku niebieskookiego małża, który zadomowił mnie na swoim parterze i nauczył między innymi chodzić w zimie w skarpetkach, ale dziś nie o tym. Szukam jeszcze miejsca, w którym mogę się pisarsko najzwyczajniej w świecie „wyżyć”. Bo gdzie już nas nie było! Na popularnym photoblogu skupiam się raczej na zdjęciach i opisaniu w kilku słowach ostatnich synowskich poczynań. Na facebooku skrobnę czasem „o czym myślę”- ale głównie służy mi do chwalenia się światu moim dzieciuchem. I mężem od czasu do czasu. Mam jeszcze różowy zeszyt z okładką z Beverly Hills, w którym miałam co nieco opisywać, kiedy się Kubciakowy urodzi, ale obecnie poprzestaje na kilku zdaniach raz w miesiącu. To prawda- w dobie komputerów sztuka PISANIA zanika. Więc może tu? Może częściej? Może szerzej? Zobaczymy.

Na początku wypadałoby napisać kim jesteśmy. Otóż jesteśmy mamą i tatą- nie tak świeżo upieczonymi, bo tytułowy bohater- Kubasiński ma już 6 i pół miesiąca. Czas leci. Jesteśmy dość młodym małżeństwem i staż u nas jeszcze nie wielki (całe PÓŁTORA roku), ale czymże są lata, kiedy miłość puka do drzwi?

I tak żyjemy sobie powolutku, choć czasem brakuje czasu na wszystko, wciąż poznając siebie nawzajem i ucząc się życia we troje.

Tfu! Tfu! Matko wariatko! We czworo przecież- bo w tym roku Mikołaj podarował nam jeszcze czworonożnego przyjaciela do kompletu. Co prawda miał to być najbardziej przyjaciel Kuby, ale jak na razie… chociaż i o tym może innym razem, bo pan Snickers również zasługuje na swoją własną historię.