Nasza pierwsza stylizacja… i trochę zapowiedzi.

W przerwie między „gdzie jest bobas…”, „mam Cię!”, a wariowaniem na dywanie postanowiliśmy urządzić sobie dziś mini sesję ;-) Tym samym otwieram nową kategorię na blogu, gdzie postaram się co jakiś czas wrzucać nasze dziecięce „stylizacje”. Niedługo pojawi się tutaj także pewnie garść inspiracji dotyczących urządzania dziecięcego pokoju, która jest jednocześnie moim ostatnim dylematem w związku z powoli nadchodzącym remontem kącika mojego dziecia- mam nadzieję, że pomożecie i wspólnie wytłumaczymy Kubasińskiej mamie, że nie można kupić WSZYSTKIEGO :)

Tymczasem z tyłu głowy kiełkuje już kolejny pomysł… Pomysł na blogowy konkurs ;-) Ale, ale- czekajmy cierpliwie do lutego! Sesja jeszcze depcze mi po piętach… Już niedługo…

  • Kuba:
  • Kurtka jeansowa: Cheroke
  • Spodnie: Reserved
  • Body: H&M
  • Skarpetki: Rossman

Nasze „must have”.

Odkąd rodzi się dziecko i tak wszystko się już dostatecznie komplikuje, więc dlaczego by sobie nie ułatwić trochę codziennego życia? Oto nasze niezbędniki, które bardzo nam pomogły w pierwszych miesiącach nauki obsługi niemowlęcia.

1. Przewijak- w naszym przypadku nakładany na łóżeczko. Po co się schylać przy przewijaniu, ubieraniu, rozbieraniu do poziomu kanapy- kręgosłup jeszcze zdąży wysiąść i to całkiem niedługo (wystarczy, że dziecko stanie się bardziej mobilne). Póki jednak nie umie się przekręcić, obrócić, usiąść, wstać- dla mnie to oczywiste must have. W dodatku kanapa, koce, dywany pozostaną czyste jeśli zdarzy się „wpadka” przy zmianie pieluszki. Cóż… sam maluch już niekoniecznie, ale przecież łatwiej umyć dziecko niż wyprać kanapę ;-)

2. Podgrzewacz do butelek i słoiczków- przydaje się zwłaszcza w nocy, bo nie trzeba biegać do kuchni i podgrzewać wody. Wystarczy nastawić wieczorem odpowiednią temperaturę i włożyć do urządzenia butelkę z wodą, a kiedy maluch wstanie pozostaje tylko dosypać mieszanki i gotowe. Nam przydaje się również w ciągu dnia do utrzymania ciepła herbatki, którą Kubi popija sobie o różnych porach. No i bez problemu można w kilka minut podgrzać także słoiczki.

3. Adaptery do fotelika samochodowego- jak dla mnie rewelacyjnie pomyślane i niezbędne zwłaszcza dla młodszego niemowlęcia. Kiedy dziecko uśnie w samochodzie nie trzeba go wyjmować, żeby na chwilę wstąpić do sklepu czy gdziekolwiek. Montujemy adaptery do stelaża wózka i „przyczepiamy” do niego fotelik. Plusem jest także to, że nie musimy wozić w bagażniku wózka, a z mniejszym gabarytowo fotelikiem łatwiej poruszać się  np. po markecie.

 

 


4. „Przypinka” do smoczka-
btw. do tej pory nie wiem jak to się nazywa ;-) Dużo tu nie trzeba wyjaśniać. Dzięki temu dziecię może sobie wypluwać smoczka ile razy mu się podoba, a my nie musimy zbierać ich z chodnika i nosić tysiąca zapasowych ;-)

 

5. Krem na każdą pogodę- w zimie obowiązkowo. Odkąd stosujemy go przed każdym spacerem nie mamy problemów z czerwoną, szorstką buzią i odmrożeniami. Ja dodatkowo smaruje Kubiemu ręce, każdy spacer i tak u nas kończy się zdjętymi rękawiczkami.

 

 

 

Co jeszcze można dodać do tej listy? Może pomożemy jakiejś przyszłej mamie kompletującej wyprawkę? ;)

Oświadczam, że zdjęcia nie są mojego autorstwa i nie są moją własnością!

„Wideoteka” Mamy Kubasińskiej.

Generalnie to od zawsze jestem fanatyczką komedii romantycznych. Wszystko co zaczyna się od przypadkowego spotkania, przechodzi przez mega nieporozumienie, wielką kłótnię i kończy hepi endem- to moja bajka. To nic, że schemat ten sam, że film przewidywalny od pierwszej minuty, że w prawdziwym życiu rzadko kiedy facet oświadcza się na wyludnionej plaży, na niebie spadają gwiazdy, a pary zasypiają na łyżeczkę. I tak to lubię.

Horrory, dramaty i inne science fiction do mnie nie przemawiają. Nie lubię się bać, płakać, a tym bardziej zastanawiać się „o co tu w ogóle chodzi?”

Niemniej, czasem jednak zdarza mi się trafić na coś innego niż moje różowe, lukrowe romansidła, albo przegrywam walkę o pilota z panem mężem, lub w ostateczności idziemy do kina na to co on wybierze. Czasami. Tym sposobem ostatnio obejrzałam takie oto filmy, które O DZIWO baaaardzo polecam i do których sama chętnie jeszcze nie raz wrócę.

1. Igrzyska Śmierci- W pierścieniu ognia.

„Po zwycięstwie w 74. Głodowych Igrzyskach, Katniss Everdeen (Lawrence) oraz Peeta Mellark (Hutcherson) udają się na obowiązkowe Tournee Zwycięzców. Choć zuchwale złamali reguły rozgrywki, w glorii zwycięstwa odwiedzają kolejne dystrykty. Dowiadują się o fali zamieszek, do których przyczynił się ich niebywały wyczyn. W tym samym czasie prezydent Snow (Donald Sutherland) przystępuje do organizacji jubileuszowych, 75. Igrzysk, w których dawni zwycięzcy będą musieli stanąć przeciw sobie. Te wydarzenia mogą zmienić państwo Panem na zawsze.”

Warto obejrzeć również I część, ale jak dla mnie druga bije poprzednią na głowę. Film długi, ale będąc w kinie dopiero chwilę przed końcem zorientowałam się, że minęły ponad dwie godziny. To chyba o czymś świadczy ;-)

2. Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

„Nowy Orlean, rok 1918 − koniec I wojny światowej. Na świat przychodzi Benjamin Button (Brad Pitt), lecz jego narodziny są czymś niezwykłym. Rodzi się jako osiemdziesięcioletni staruszek i stopniowo młodnieje. Jego ojciec przerażony brzydotą dziecka porzuca go na progu domu dla starców; tam Benjamin wychowuje się pod opieką troskliwej Queenie (Taraji P. Henson). Tutaj też poznaje swoją miłość − wnuczkę jednej z pensjonariuszek − Daisy (Cate Blanchett). Po wielu latach zamiast starzeć się staje się coraz młodszy i umiera jako niemowlak w rękach ukochanej. Film opowiada historie o ludziach i o miejscach, o odnalezionych i utraconych miłościach, o radości życia i smutku śmierci, lecz również o tym, czego czas nie może zmienić.”

Film stary, ale ja tak naprawdę obejrzałam go dopiero niedawno. Bardzo mnie wciągnął, trochę wzruszył i skłonił do kilku refleksji. (No i młody Brad…)

3. Płonąca pułapka

„Film opowiada historię uwięzionego w pożarze strażaka,któremu wystarczy tlenu tylko na kilka minut. Choć koledzy i szef czynią wszystko co w ich mocy, by mu pomóc, jego szanse maleją z sekundy na sekundę. Rozgrywa się emocjonująca walka z czasem, własnym strachem i słabością. Przed oczami rannego przesuwa się całe jego dotychczasowe życie…Cały film trzyma widza w napięciu.”

Rzeczywiście trzyma w napięciu. Pięknie opowiedziana historia miłości, poświęcenia, trudnych wyborów, tęsknoty… Ja płakałam- choć nie lubię. I podkład muzyczny- miodzio!

4. Chłopiec w pasiastej piżamie

„Akcja filmu umieszczona jest w czasach II wojny światowej. Ośmioletni Bruno wraz z rodzicami i starszą siostrą mieszka w Berlinie. Pewnego dnia jego ojciec zostaje mianowany komendantem obozu zagłady i cała rodzina przeprowadza się na wieś. W nowym miejscu zamieszkania Bruno nie ma żadnych kolegów i całymi dniami się nudzi. Jedyne jego zajęcia to czytanie książek przygodowych i huśtanie na własnoręcznie zrobionej huśtawce. Podczas odkrywania okolicy Bruno poznaje ośmioletniego Żyda – Szmula, który jest więźniem obozu zagłady. Między chłopcami zawiązuje się szczególna nić porozumienia. Nie przeszkadzają im różnice społeczne, ideologiczne ani drut kolczasty, który ich dzieli. Film pokazuje życie obozowe z perspektywy małego dziecka, które nie wszystko rozumie. Wkrótce Bruno, tuż przed wyprowadzką z nowego domu, przedostaje się do obozu śmierci.”

Tematyka wojenna jest szczególna. Można lubić lub nie. Ja nie przepadam, bo tego typu filmy za bardzo na mnie działają. Ten jest jednak inny, specyficzny. Wojna, obóz- okiem dzieci po dwóch stronach „płotu”. Myślę, że naprawdę warto zobaczyć. Chociaż raz.

5. Bez mojej zgody

„Sara i Brian wiodą spokojne życie. Idylla zostaje jednak przerwana, gdy dociera do nich przerażająca informacja o chorobie córki. Aby ratować życie dziecka, para podejmuje trudną decyzję, która na zawsze zmieni ich życie. Dylematy etyczno-moralne zmieniają ich relacje. Prawdziwy koszmar zaczyna się jednak, kiedy ich druga córka odkrywa prawdę dotyczącą jej poczęcia.”

Wzrusza, zastanawia, zmusza do refleksji. Uczy prawdziwego „Carpe diem”. I idealne w tej roli Cameron Diaz i Abigail Breslin. Zdecydowanie polecam!

A jakie są wasze ulubione filmy? Co szczególnie polecacie? Chętnie obejrzę coś nowego… ;)

Gwiazdkowe hity

Tak jak obiecałam- przygotowałam dla was gwiazdkowe hity z Mikołajowego wora, które trafiły w tym roku do mojego dziecka, ku ogromnej uciesze, oraz które nawet się jeszcze jegomościowi nie znudziły!

Mój numer 1. PILOT do telewizora!

Kuba- jak na prawdziwego faceta przystało, wykazuje nadmierne zainteresowanie wszelką elektroniką i elektronicznymi gadżetami takimi jak telefon komórkowy, laptop, ładowarki, kabelki no i właśnie… piloty. Tego przedmiotu pożąda najbardziej na świecie odkąd babcia wymyśliła zabawę pod tytułem „zobacz co ja maaaam…”. Od tego momentu piloty chowaliśmy wszędzie tam, gdzie wydawało nam się, że nie dosięgną ich sprytne paluszki małego elektromana. Ku naszemu zdziwieniu najmłodszy wyciągnął z prezentowej torby właśnie takie cacuszko. Oczy się zaświeciły, łapki zatrzęsły i już, już dziadek począł rozpakowywanie gadżetu, gdy oprzytomniała mama zapytała „No dobra, a gdzie reszta? Jakiś telewizor?”. W tym momencie okazało się jednak, że pilot… pilotem nie jest. Przynajmniej prawdziwym, bo nie wycisza ani telewizora, ani Kuby, aczkolwiek główny zainteresowany łyknął wszystko jak młody pelikan i pokochał go od pierwszego wejrzenia. W dodatku uznał, że TEN jest lepszy, bo wydaje dźwięki, miaucze, szczeka, chrumka i jeszcze świeci, więc w końcu odczepił się od rodzicielskich przełączników z dumą potrząsając swoim osobistym.

2. Roller primavera- Chicco

Po naszemu- turlająca kula. Idealna dla pełzającego lub czworakującego po podłodze motorka, bo zgodnie z założeniem zabawka ma pomóc dziecku w nauce raczkowania i chodzenia. Gra (na dwóch poziomach głośności, co dla nas- rodzicieli jest zbawieniem wieczorową już porą), świeci, brzęczy i ma kilka ukrytych niespodzianek, które zajmują na dobrych kilka chwil (można np. niepostrzeżenie podrzucić zabawkę młodemu do łóżeczka i posprzątać pół pokoju podczas nieobecności pana męża- działa!). A puszczona po podłodze sprawia, że pupka juniora automatycznie wędruje w górę, nogi chcą iść… tylko ręce jeszcze nie wiedzą, że również powinny się przesunąć. Ale pracujemy nad tym, spokojnie ;-)

3. OGROMNY pluszowy miś!

Większy od Kuby ze dwa razy, albo i trzy- tak na oko. Co tu dużo pisać- ja całe dzieciństwo marzyłam o takim przyjacielu, któremu będę powierzać nocne sekrety, i do którego bezkarnie będę mogła przytulać się, gdy przyśni mi się coś złego. No ale ja byłam dziewczynką. Tak czy inaczej duży miś będzie na razie rósł z naszym misiem i obecnie służy mu jako oparcie lub podusia. A jak pięknie komponuje się ze śpiącym już aniołkiem!