Noworoczne… marzenia?

Postanowienia czyniłam zawsze. Czy to noworoczne, czy adwentowe, czy po prostu obiecywałam sobie, że od jutra zacznę ćwiczyć/ uczyć się/ jeść mniej (niepotrzebne skreślić). W tym roku jakoś mnie to ominęło, bo… nie było czasu. Ale tak dziś usiadłam lekko majacząc w posylwestrowej gorączce, której nie mam, choć ją czuję, (ale za to mam ból gardła!) i się zastanowiłam.

Rok dwa tysiące dwunasty (apropo- dopiero niedawno dowiedziałam się, że nie mówi się dwutysięczny!?) był zdecydowanie rokiem miłości. Ślub i te sprawy pochłaniały mnie już od stycznia, gdzieś tam w tle była praca i jakaś sesja. O najpiękniejszym dniu w życiu będę pewnie jeszcze kiedyś pisała, ale nawet po tym jak się skończył (w czerwcu!) rozpamiętywałam to wszystko jeszcze dłuuuugo.

Rok dwa tysiące trzynasty był w połowie rokiem oczekiwania na Kubę, a w połowie rokiem pierwszych kroków w świecie macierzyństwa. Po pierwszym szoku (czyli jakieś dwa miesiące temu :)) uznałam, że „manie”* dziecka jest tym czego w stu procentach chciałam. Tak czy inaczej to był w naszym życiu drugi przełomowy rok.

No i teraz przed nami kolejny- dwa tysiące czternasty. Po miłosno- dziecięcych „latach” czas może na zrobienie czegoś dla siebie? Może to jest właśnie moment na spełnienie jednego, cichego marzenia, które próbuje „wypłynąć” na powierzchnię już od dobrych kilku miesięcy? Chciałabym, a strach choć jest- ostatnio jakby mniejszy. Może w tym roku spróbujemy, może starczy sił, energii i samozaparcia. Trzymajcie kciuki, a może już na wiosnę/ lato będę mogła pochwalić się czymś zupełnie… swoim?

Jeśli chodzi o samego Sylwestra- młody swoją pierwszą w życiu nocną imprezę niemalże… przespał. Z relacji babci wynikało, że nie obudziły go ani hukające petardy, ani szczekające psy, ani śpiewy pod oknem powracającej z zabawy młodzieży. Obudził się za to dwa razy (DWA! a śpiąc z nami budzi się zazwyczaj jakieś… dwanaście?!), popatrzył niebieskimi na babunię i za chwilę znowu spał. Niepodobne to jest bardzo do Kubasińskiego, ale przynajmniej rodzice na Sylwestrze byli, zobaczyli, pojedli, popili… i wszyscy byli szczęśliwi :)

A do wieczornej, zimowej herbaty zostawiam wam małą, psotną i niestety razem z mamą przeziębioną- żabkę ;-)

* jakoś nie lubię określenia „posiadanie dziecka”. nie wiem dlaczego, po prostu.